czwartek, 12 czerwca 2014

Witojcie w Zakopanem

Temat trochę już zakurzony, ale niestety mój stan się powiększa i ciąży mi (dosłownie) coraz bardziej. Poziom mojego marudzenia i jojczenia sięga zenitu, a tu jeszcze miesiąc został! Końcówka jest naprawdę okropna i daje w kość. Hania się mocno buntuje i tak np. zazwyczaj odpuszcza codzienne południowe drzemki (jak jest z nami w tygodniu lub w weekend) ale za to śpi w żłobku, wstaje o 7 rano i idzie spać o 21... Zachodzę w głowę, skąd ten predator ma tyle energii??!? :)

A przechodząc do meritum, za nami dwudniowy rodzinny wypoczynek w Zakopanem. Taka spóźniona majówka. Leniwy wypoczynek z naszą pociechą brzmi trochę jak oksymoron, bo ciężko to było nazwać 100% wypoczynkiem, niemniej jednak trochę nam się to udało.

Przed samym wyjazdem miałam trochę obaw, namiętnie podsycanych przez moją mamę a'propos pogody. "A po co wy tam jedziecie, powódź (!@&%?!) była!", "tam jest wszystko zalane", "ludzie chodzą w rybackich kaloszach", a do tego "za ostre powietrze dla dziecka" itp. Spodziewałam się co najmniej Armageddonu, zalanych domów, a wręcz widoku samych dachów pod wodą, epidemii, itp. brr aż ciarki przechodzą. No ale jednak ZARYZYKOWALIŚMY własnym zdrowiem i życiem i pojechaliśmy. A na miejscu.... czekało na nas majowe słońce. Pogoda nas wręcz rozpieściła. Słoneczko przygrzewało mocno i muskało nasze blade lica ostrymi promieniami, a my wypoczywaliśmy. Bardzooo aktywnie wypoczywaliśmy :) bo nasza pociecha nam nie pozwalała na dłuższe niż minuta siedzenie na przysłowiowych czterech literach. 
Niemożność zapanowania nad ruchliwością naszej pociechy i niezliczona ilość daremnych prób jej okiełznania wykluczała spacery po szlakach górskich. Hmm chyba jeszcze o czymś zapomniałam... no tak, kobieta w ósmym miesiącu ciąży wspinająca się na Giewont to też raczej marna wizja... Pokonanie kilku kilometrów z naszej hacjendy do Krupówek i z Krupówek do Kuźnic było dla mnie już wystarczającym obciążeniem i na ostatnich 3 km musieliśmy poratować się bryczką, ku uciesze Hani. 


Poza tym odkryliśmy w naszej córci niezły talent do ... pozowania, kiedy to pewnego popołudnia, podczas kolejnej wycieczki po Krupówkach Hania stała się obiektem ogromnego zainteresowania skośnookich turystów. Ciekawi jesteście, skąd pewnie takie nagłe zainteresowanie turystów naszym dzieckiem... otóż leżała krzyżem na środku samych Krupówek i ani śniła wstać. Jeżeli myślicie, że błysk fleszy wystraszył tudzież speszył me dziecię, jesteście w błędzie... Toż to urodzona gwiazda, co w wieku dwóch lat już potrafi pozować. Tu prawy profil, tu lewy, zadrzeć nóżkę... Generalnie ubaw był po pachy! Szkoda, że wtedy nie zabrałam ze sobą aparatu! Kto wie, może moje dziecko jest już celebrity w skośnookim zakątku świata, a my nic o tym nie wiemy?!?!

Poza tym, że nie było nam dane włóczenie się po łąkach i nawet najprostszych szlakach, było miło i dobrze spędziliśmy ten czas. Chociaż z drugiej strony za każdym razem, kiedy przyjeżdżam do Zakopanego, drażni mnie coraz więcej rzeczy... ale najbardziej chyba heroiczna walka o dutki, czyli po naszemu "hajs musi się zgadzać", co przejawia się w wielu odsłonach:

* wszechobecna nachalność handlowa i chińska bazarowa tandeta... Krzyczące panie z niemal każdego stoiska, zapraszające do konsumowania scypków/łoscypków/tudzież innych specjałów, baranki i inne maskotki z haftem "ZAKOPANE" made in China... Przejście każdych 2 metrów wiązało się z otwieraniem aparatu gębowego i wypowiadaniem słów "nie dziękuję". No ale zaraz, jak można odmawiać wszystkiego idąc z małym dzieckiem, kiedy to przesłodki (w języku dorosłych czytaj mocno wczorajszy) osobnik w przebraniu misia/króliczka (który nota bene pralki i proszku nie widział dawno temu) podchodzi do nas, a dziecko szaleje z zachwytu?! Ja z mężem raczej nie szalejemy z zachwytu i na wdechu robimy zdjęcia z króliczkiem.  

co najmniej dziwne próby targowania się  nasz przypadek dotyczył jazdy bryczką i parkingu. Podczas gdy targowanie się z panem od bryczki szybko poszło w niepamięć, tak z panem od parkingu już nie. Podczas gdy na tabliczce przy parkingu było jak byk napisane, że całodzienny parking kosztuje 10 zł, a pan usiłuje od nas wydębić 20 zł i to bez paragonu, to jak ja mam to nazwać? Oczywiście nie zapłaciliśmy mu extra 10 zł bo niby za co... i pan szybko odpuścił... ale niesmak pozostał... 

* zupka z proszku, czyli uwaga na glutaminian sodu - jak to wszędzie bywa, są dobre i gorsze restauracje/knajpki. My niestety mieliśmy tego pecha, że tu trochę wtopiliśmy, więc nic nie mogę nic 100% polecić. Zupka dla Hani na kilometr pachniała glutaminianem sodu (a fee!!), a gumiaste baranie kotleciki męża pływały w oleju, podczas gdy obiecywali grillowane... Niestety, nie było jedzenia jak u mamy... 


Ostatnie południe spędziliśmy w Dolinie Kościeliska. Nigdy wcześniej tam nie byłam, więc niestety nie miałam porównania, ale ... to było jak zderzenie cudu natury z wielkim żywiołem. Z jednej strony przytłoczył nas widok ogromu zniszczeń, które spowodowały wichury jeszcze w zeszłym roku... Wyglądało to naprawdę przerażająco, istny Armageddon, aczkolwiek panowie walczyli dzielnie z usuwaniem powalonych drzew. Swoją drogą nie chcę sobie nawet wyobrazić  przerażenia ludzi zamieszkujących pobliskie tereny i słuchających trzasku setek powalanych drzew w trakcie tej wichury... brrr... 
Z drugiej zaś strony natura koiła nas swym pięknem i rozbujała zielenią. Cud miód. Czyste piękno.

A poniżej mała fotorelacja z wypadu, jak widać pogoda się spisała na medal.!

Wiadomo - Krupówki, czyli największe "centrum handlowe" w Polsce, jak to nazwał mąż-obcokrajowiec szwagierki. 




Jak widać, straganowelove pełną gębą: kolekcje letnie mieszają się z zimowymi, z jednej strony koszulki na ramiączkach, metr obok futra, szale z lisa, rękawiczki i czapki. Maskotki, miecze, breloki, korale, kiecki, misz-masz totalny. Ale chyba jednak taki kolorowy zawrót głowy po prostu lubimy. 






To prawdopodobnie tutaj Cleo zaopatrzyła się ze swoją świtą na Eurowizję ;)


Moje kochane i bardzo szczere w swych uczuciach dziecko bardzo chciało się podzielić jedzeniem. 



Dolina w okazałości.








No i na koniec my... Niestety Hania trochę spacyfikowana w wózku, bo już sił nam brakowało do biegania :D







A na koniec śpieszę z niusem, iż w Zakopanem pojawił się Janosik! Wypisz wymaluj młody Marek Perepeczko! Oczy ze zdumienia przecieraliśmy! 



See U soon! 

piątek, 16 maja 2014

Ptasie radio

W życiu niemal każdego rodzica następuje dzień, w którym dziecko przychodzi i błagalnym wręcz tonem mówi, że chce mieć zwierzątko. Pomijam fakt, że już i natychmiast! Najlepiej pieska, kotka, króliczka albo... ptaszka! Trochę ubiegłam moje dziecko z podobnymi pytaniami i podarowałam jej ptaszki z... materiału ;) 
Na prawdziwe zwierzątko przyjdzie jeszcze czas, a póki co moje uszytki zdobią pięknie pokój córki i spoglądają na nią z wielkiego regału.





Co powiecie na takie ozdoby w pokoju dziecięcym?

Panna Mo. 


poniedziałek, 12 maja 2014

Bardziej lub mniej owocne sposoby na poskromienie ruchliwej bestii Vol. 1

Posiadam naprawdę ruchliwe i żywe dziecię, co na czterech literach dłużej niż minuty nie usiedzi, no chyba że zatkam je na chwilę czymś do zjedzenia. "Żywe srebro" - tak kwitują nasi znajomi i rodzina patrząc na wybryki naszego potomka. Ja nazywam to bardziej dobitnie. Toż to istny szatan wcielony! Do tego trwający od kilkunastu dobrych tygodni bunt dwulatka, budzący trwogę i rwanie włosów z głowy u rodziców pociech będących przed lub w trakcie trwania tegoż szacownego zjawiska (OK, żeby nie generalizować, to było o mnie). Rodzice trzylatków oddychając spokojnie mówią "easy men, przejdziesz to".  Zresztą co tu dużo mówić, rodzice małych pociech doskonale wiedzą o czym mowa i już sama nie mogę się doczekać, kiedy to ja będę tym luzakiem mówiącym z uśmiechem na ustach znerwicowanym rodzicom dwulatków: "izi men...".

Przechodząc do meritum sprawy, czyli sposobu na poskromienie małej bestyjki... muszę z całą odpowiedzialnością rzec, że od pewnego czasu codziennie zachodziłam w głowę, co tu wymyślić małej do zabawy. Bo ileż można oglądać te same książeczki, bajeczki, składać te same klocki, niańczyć te same maskotki i śpiewać w kolko te same piosenki aż do utraty głosu przez żywicielkę. Wcale się nie dziwię mojej małej bestii, że się nudziła, bo ja sama śmiertelnie byłam tym znudzona. Z pomocą przyszedł niezawodny wujek Google i masa forów internetowych, blogów itp. I Eureka! Potem sama siebie skarciłam! Że też wcześniej o tym nie pomyślałam?!?! Tym bardziej, że uważam siebie za osobę dość kreatywną :D. Potem dotarło do mnie, że ciągle tkwiłam w niemowlęcym świecie i ciągle uważałam moje dziecko za małego dzidziusia, które może co najwyżej pobawić się maskotkami i książeczkami czy zabawkami interaktywnymi... A przecież taki mały człowiek tak pragnie maksymalnie eksplorować świat wokół niego! Niemal w narkotycznym szale pędziłam na zakupy w poszukiwaniu bibuł, ozdobnych plastikowych nożyczek, flamastrów wszelkiej maści, plasteliny, papierów kolorowych, naklejek, brokatów i farbek! Wszystkie kreatywne "przydasie" trzymamy w specjalnym Hanusiowym pudełku i staramy się urozmaicać czas nasze pociechy wypróbowując co rusz coś nowego :) 

No i od niemal dwóch tygodni w naszym domu rządzi artystka malarka. Przechodzimy fascynację malowania farbkami. Co prawda malowanie farbkami akwarelowymi skończyło się wypiciem kolorowej wody dosłownie po 3 minutach, a odwróciłam się tylko na 5 sekund od małej! Ale za to z farbkami do malowania paluszkami poszło duuuużżoooo lepiej i dosłownie co drugi dzień malujemy łapkami. Lepszym słowem chyba tu będzie... ekhmmm wyżywamy się artystycznie na kartce. Najlepiej wychodzi nam odbijanie rączek na kartce, któremu towarzyszy zawsze słowo "pac!". Zabawa na około 20 minut, potem kolejne 20 na doprowadzenie najbliższego otoczenia do stanu względnej czystości... Ale fun i smile na twarzy jest :) 
The latest news jest u nas kolorowanka/malowanka do malowania wodą. Efekty zobaczcie sami... 

Zaczęło się słodko, wręcz fantastycznie! fotografowany obiekt wykazuje wzmożone zainteresowanie czynnością.


Chwilę później ręka powędrowała tam gdzie nie powinna!


Jeszcze chwila skupienia, matka może bezpiecznie fotki cykać :)


aby chwilę później samodzielnie wyczyścić pędzle i pokazać, że to już koniec show...
Matka! Wymyśl coś nowego! Nie mam zamiaru mizdrzyć się przed aparatem!



PS. Znowu zdjęcia czarno-białe, mam jakąś obsesję na ich punkcie :D

Panna Mo.