Temat trochę już zakurzony, ale niestety mój stan się powiększa i ciąży mi (dosłownie) coraz bardziej. Poziom mojego marudzenia i jojczenia sięga zenitu, a tu jeszcze miesiąc został! Końcówka jest naprawdę okropna i daje w kość. Hania się mocno buntuje i tak np. zazwyczaj odpuszcza codzienne południowe drzemki (jak jest z nami w tygodniu lub w weekend) ale za to śpi w żłobku, wstaje o 7 rano i idzie spać o 21... Zachodzę w głowę, skąd ten predator ma tyle energii??!? :)
A przechodząc do meritum, za nami dwudniowy rodzinny wypoczynek w Zakopanem. Taka spóźniona majówka. Leniwy wypoczynek z naszą pociechą brzmi trochę jak oksymoron, bo ciężko to było nazwać 100% wypoczynkiem, niemniej jednak trochę nam się to udało.
A przechodząc do meritum, za nami dwudniowy rodzinny wypoczynek w Zakopanem. Taka spóźniona majówka. Leniwy wypoczynek z naszą pociechą brzmi trochę jak oksymoron, bo ciężko to było nazwać 100% wypoczynkiem, niemniej jednak trochę nam się to udało.
Przed samym wyjazdem miałam trochę obaw, namiętnie podsycanych przez moją mamę a'propos pogody. "A po co wy tam jedziecie, powódź (!@&%?!) była!", "tam jest wszystko zalane", "ludzie chodzą w rybackich kaloszach", a do tego "za ostre powietrze dla dziecka" itp. Spodziewałam się co najmniej Armageddonu, zalanych domów, a wręcz widoku samych dachów pod wodą, epidemii, itp. brr aż ciarki przechodzą. No ale jednak ZARYZYKOWALIŚMY własnym zdrowiem i życiem i pojechaliśmy. A na miejscu.... czekało na nas majowe słońce. Pogoda nas wręcz rozpieściła. Słoneczko przygrzewało mocno i muskało nasze blade lica ostrymi promieniami, a my wypoczywaliśmy. Bardzooo aktywnie wypoczywaliśmy :) bo nasza pociecha nam nie pozwalała na dłuższe niż minuta siedzenie na przysłowiowych czterech literach.
Niemożność zapanowania nad ruchliwością naszej pociechy i niezliczona ilość daremnych prób jej okiełznania wykluczała spacery po szlakach górskich. Hmm chyba jeszcze o czymś zapomniałam... no tak, kobieta w ósmym miesiącu ciąży wspinająca się na Giewont to też raczej marna wizja... Pokonanie kilku kilometrów z naszej hacjendy do Krupówek i z Krupówek do Kuźnic było dla mnie już wystarczającym obciążeniem i na ostatnich 3 km musieliśmy poratować się bryczką, ku uciesze Hani.
Poza tym odkryliśmy w naszej córci niezły talent do ... pozowania, kiedy to pewnego popołudnia, podczas kolejnej wycieczki po Krupówkach Hania stała się obiektem ogromnego zainteresowania skośnookich turystów. Ciekawi jesteście, skąd pewnie takie nagłe zainteresowanie turystów naszym dzieckiem... otóż leżała krzyżem na środku samych Krupówek i ani śniła wstać. Jeżeli myślicie, że błysk fleszy wystraszył tudzież speszył me dziecię, jesteście w błędzie... Toż to urodzona gwiazda, co w wieku dwóch lat już potrafi pozować. Tu prawy profil, tu lewy, zadrzeć nóżkę... Generalnie ubaw był po pachy! Szkoda, że wtedy nie zabrałam ze sobą aparatu! Kto wie, może moje dziecko jest już celebrity w skośnookim zakątku świata, a my nic o tym nie wiemy?!?!
Poza tym, że nie było nam dane włóczenie się po łąkach i nawet najprostszych szlakach, było miło i dobrze spędziliśmy ten czas. Chociaż z drugiej strony za każdym razem, kiedy przyjeżdżam do Zakopanego, drażni mnie coraz więcej rzeczy... ale najbardziej chyba heroiczna walka o dutki, czyli po naszemu "hajs musi się zgadzać", co przejawia się w wielu odsłonach:
* wszechobecna nachalność handlowa i chińska bazarowa tandeta... Krzyczące panie z niemal każdego stoiska, zapraszające do konsumowania scypków/łoscypków/tudzież innych specjałów, baranki i inne maskotki z haftem "ZAKOPANE" made in China... Przejście każdych 2 metrów wiązało się z otwieraniem aparatu gębowego i wypowiadaniem słów "nie dziękuję". No ale zaraz, jak można odmawiać wszystkiego idąc z małym dzieckiem, kiedy to przesłodki (w języku dorosłych czytaj mocno wczorajszy) osobnik w przebraniu misia/króliczka (który nota bene pralki i proszku nie widział dawno temu) podchodzi do nas, a dziecko szaleje z zachwytu?! Ja z mężem raczej nie szalejemy z zachwytu i na wdechu robimy zdjęcia z króliczkiem.
* co najmniej dziwne próby targowania się nasz przypadek dotyczył jazdy bryczką i parkingu. Podczas gdy targowanie się z panem od bryczki szybko poszło w niepamięć, tak z panem od parkingu już nie. Podczas gdy na tabliczce przy parkingu było jak byk napisane, że całodzienny parking kosztuje 10 zł, a pan usiłuje od nas wydębić 20 zł i to bez paragonu, to jak ja mam to nazwać? Oczywiście nie zapłaciliśmy mu extra 10 zł bo niby za co... i pan szybko odpuścił... ale niesmak pozostał...
* zupka z proszku, czyli uwaga na glutaminian sodu - jak to wszędzie bywa, są dobre i gorsze restauracje/knajpki. My niestety mieliśmy tego pecha, że tu trochę wtopiliśmy, więc nic nie mogę nic 100% polecić. Zupka dla Hani na kilometr pachniała glutaminianem sodu (a fee!!), a gumiaste baranie kotleciki męża pływały w oleju, podczas gdy obiecywali grillowane... Niestety, nie było jedzenia jak u mamy...
Ostatnie południe spędziliśmy w Dolinie Kościeliska. Nigdy wcześniej tam nie byłam, więc niestety nie miałam porównania, ale ... to było jak zderzenie cudu natury z wielkim żywiołem. Z jednej strony przytłoczył nas widok ogromu zniszczeń, które spowodowały wichury jeszcze w zeszłym roku... Wyglądało to naprawdę przerażająco, istny Armageddon, aczkolwiek panowie walczyli dzielnie z usuwaniem powalonych drzew. Swoją drogą nie chcę sobie nawet wyobrazić przerażenia ludzi zamieszkujących pobliskie tereny i słuchających trzasku setek powalanych drzew w trakcie tej wichury... brrr...
Z drugiej zaś strony natura koiła nas swym pięknem i rozbujała zielenią. Cud miód. Czyste piękno.
A poniżej mała fotorelacja z wypadu, jak widać pogoda się spisała na medal.!
Wiadomo - Krupówki, czyli największe "centrum handlowe" w Polsce, jak to nazwał mąż-obcokrajowiec szwagierki.
Jak widać, straganowelove pełną gębą: kolekcje letnie mieszają się z zimowymi, z jednej strony koszulki na ramiączkach, metr obok futra, szale z lisa, rękawiczki i czapki. Maskotki, miecze, breloki, korale, kiecki, misz-masz totalny. Ale chyba jednak taki kolorowy zawrót głowy po prostu lubimy.
To prawdopodobnie tutaj Cleo zaopatrzyła się ze swoją świtą na Eurowizję ;)
Moje kochane i bardzo szczere w swych uczuciach dziecko bardzo chciało się podzielić jedzeniem.
Dolina w okazałości.
No i na koniec my... Niestety Hania trochę spacyfikowana w wózku, bo już sił nam brakowało do biegania :D
A na koniec śpieszę z niusem, iż w Zakopanem pojawił się Janosik! Wypisz wymaluj młody Marek Perepeczko! Oczy ze zdumienia przecieraliśmy!
See U soon!









