piątek, 16 maja 2014

Ptasie radio

W życiu niemal każdego rodzica następuje dzień, w którym dziecko przychodzi i błagalnym wręcz tonem mówi, że chce mieć zwierzątko. Pomijam fakt, że już i natychmiast! Najlepiej pieska, kotka, króliczka albo... ptaszka! Trochę ubiegłam moje dziecko z podobnymi pytaniami i podarowałam jej ptaszki z... materiału ;) 
Na prawdziwe zwierzątko przyjdzie jeszcze czas, a póki co moje uszytki zdobią pięknie pokój córki i spoglądają na nią z wielkiego regału.





Co powiecie na takie ozdoby w pokoju dziecięcym?

Panna Mo. 


poniedziałek, 12 maja 2014

Bardziej lub mniej owocne sposoby na poskromienie ruchliwej bestii Vol. 1

Posiadam naprawdę ruchliwe i żywe dziecię, co na czterech literach dłużej niż minuty nie usiedzi, no chyba że zatkam je na chwilę czymś do zjedzenia. "Żywe srebro" - tak kwitują nasi znajomi i rodzina patrząc na wybryki naszego potomka. Ja nazywam to bardziej dobitnie. Toż to istny szatan wcielony! Do tego trwający od kilkunastu dobrych tygodni bunt dwulatka, budzący trwogę i rwanie włosów z głowy u rodziców pociech będących przed lub w trakcie trwania tegoż szacownego zjawiska (OK, żeby nie generalizować, to było o mnie). Rodzice trzylatków oddychając spokojnie mówią "easy men, przejdziesz to".  Zresztą co tu dużo mówić, rodzice małych pociech doskonale wiedzą o czym mowa i już sama nie mogę się doczekać, kiedy to ja będę tym luzakiem mówiącym z uśmiechem na ustach znerwicowanym rodzicom dwulatków: "izi men...".

Przechodząc do meritum sprawy, czyli sposobu na poskromienie małej bestyjki... muszę z całą odpowiedzialnością rzec, że od pewnego czasu codziennie zachodziłam w głowę, co tu wymyślić małej do zabawy. Bo ileż można oglądać te same książeczki, bajeczki, składać te same klocki, niańczyć te same maskotki i śpiewać w kolko te same piosenki aż do utraty głosu przez żywicielkę. Wcale się nie dziwię mojej małej bestii, że się nudziła, bo ja sama śmiertelnie byłam tym znudzona. Z pomocą przyszedł niezawodny wujek Google i masa forów internetowych, blogów itp. I Eureka! Potem sama siebie skarciłam! Że też wcześniej o tym nie pomyślałam?!?! Tym bardziej, że uważam siebie za osobę dość kreatywną :D. Potem dotarło do mnie, że ciągle tkwiłam w niemowlęcym świecie i ciągle uważałam moje dziecko za małego dzidziusia, które może co najwyżej pobawić się maskotkami i książeczkami czy zabawkami interaktywnymi... A przecież taki mały człowiek tak pragnie maksymalnie eksplorować świat wokół niego! Niemal w narkotycznym szale pędziłam na zakupy w poszukiwaniu bibuł, ozdobnych plastikowych nożyczek, flamastrów wszelkiej maści, plasteliny, papierów kolorowych, naklejek, brokatów i farbek! Wszystkie kreatywne "przydasie" trzymamy w specjalnym Hanusiowym pudełku i staramy się urozmaicać czas nasze pociechy wypróbowując co rusz coś nowego :) 

No i od niemal dwóch tygodni w naszym domu rządzi artystka malarka. Przechodzimy fascynację malowania farbkami. Co prawda malowanie farbkami akwarelowymi skończyło się wypiciem kolorowej wody dosłownie po 3 minutach, a odwróciłam się tylko na 5 sekund od małej! Ale za to z farbkami do malowania paluszkami poszło duuuużżoooo lepiej i dosłownie co drugi dzień malujemy łapkami. Lepszym słowem chyba tu będzie... ekhmmm wyżywamy się artystycznie na kartce. Najlepiej wychodzi nam odbijanie rączek na kartce, któremu towarzyszy zawsze słowo "pac!". Zabawa na około 20 minut, potem kolejne 20 na doprowadzenie najbliższego otoczenia do stanu względnej czystości... Ale fun i smile na twarzy jest :) 
The latest news jest u nas kolorowanka/malowanka do malowania wodą. Efekty zobaczcie sami... 

Zaczęło się słodko, wręcz fantastycznie! fotografowany obiekt wykazuje wzmożone zainteresowanie czynnością.


Chwilę później ręka powędrowała tam gdzie nie powinna!


Jeszcze chwila skupienia, matka może bezpiecznie fotki cykać :)


aby chwilę później samodzielnie wyczyścić pędzle i pokazać, że to już koniec show...
Matka! Wymyśl coś nowego! Nie mam zamiaru mizdrzyć się przed aparatem!



PS. Znowu zdjęcia czarno-białe, mam jakąś obsesję na ich punkcie :D

Panna Mo.

niedziela, 11 maja 2014

Panna Mo i spóła

Panna Mo, czyli Monika, trzydziestodwuletnia, młoda duchem (oj bardzo młoda duchem) kobietka. Chociaż na co dzień związana jestem ze światem finansów w wielkiej korporacji to od pewnego czasu pozostaję zaszyta w domowych czeluściach oczekując niecierpliwie na powitanie kolejnego członka naszej wesołej rodzinki. Gdzieś pomiędzy wychowywaniem zbuntowanej dwulatki, garami, sprzątaniem, prasowaniem i wszelkimi  próbami ogarniania domowego cyrku na kółkach, staram się wygospodarować jak najwięcej czasu na swoje babskie przyjemności.

Nie będę oryginalna twierdząc, że kochaaammmm zakupyyyyyy, szczególnie te lumpeksowe, kiedy to z wypiekami na twarzy przekopuję wieszaki w poszukiwaniu modowych perełek.

Uwielbiam skandynawskie kryminały. Wiem, że niektórych nudzą, ale mnie przenigdy :)

Dobrą kuchnią też nie pogardzę i zawsze cieszą mnie słowa uznania, gdy to co ugotuję po prostu smakuje, a gdy prosi o dokładkę to już niemal doznaję ekstazy!

Jednak to możliwość stworzenia czegoś samemu daje mi największą satysfakcję, a idea DIY towarzyszyła mi chyba już od dzieciństwa, kiedy to Tato przywiózł mi z ówczesnej Czechosłowacji mega ogromny komplet koralików z Jablonexu... mojej radości i kreatywnej twórczości nie było końca :)
Od zawsze cenię i podziwiam ludzi kreatywnych, którzy potrafią zrobić coś z niczego, przerabiać, odnawiać, tu rozpruć a tam przeszyć... Przerabianie starych ciuchów czy ubranie starego mebla w nowe szaty to coś, co Panna Mo lubi najbardziej. Odkąd pamiętam zawsze podobało mi się, jak Mama haftowała i szyła ciuchy na maszynie, a moją ulubioną gazetą była Burda :)
ba! Nawet chodziłam z Mamą na kurs krawiectwa! Cóż z tego, że miałam wówczas tylko 3 latka i pałętałam się między nogami kursantów. Podobały mi się zewsząd fruwające skrawki materiałów, resztki nitek… Od tamtej pory chciałam, aby Mama mnie czegoś nauczyła, ale moje prośby kończyły się stwierdzeniem "powybieraj nitki z dywanu"... :( Coś z tej fascynacji materiałami i szmatkami zostało, przewijało się przez cały ten czas w mojej głowie, jednak nie miałam na tyle "jaj" aby coś z tym zrobić. Nawet zakup mojej pierwszej (aczkolwiek bardzo pechowej i badziewnej) maszyny do szycia nie przegonił słomianego zapału, choć w szafie miałam już niezłą kolekcję ślicznych tkanin. Złą passę przerwały liczne usterki owej maszyny i gdy tylko pojawił się jej następca, który od razu skradł moje serducho, od tego czasu oddycham pełną piersią i wyżywam się mojej Janome. 

Ale to, co najbardziej kocham i daje mi kopa to moja CO. czyli spóła, póki co w dwuosobowym jeszcze składzie: mąż R, który chyba woli pozostać incognito, oraz cudownego diabełka, prawie już dwuletniej Hani. Kolejny członek spółki przewidywany jest na 12-14 lipca. Będzie remis: chłopaki vs. dziewczyny :)

PS. Zdjęcie stare, ale jedno z moich ulubionych.



Panna Mo & CO.