Panna Mo, czyli Monika, trzydziestodwuletnia, młoda duchem (oj bardzo młoda duchem) kobietka. Chociaż na co dzień związana jestem ze światem finansów w wielkiej korporacji to od pewnego czasu pozostaję zaszyta w domowych czeluściach oczekując niecierpliwie na powitanie kolejnego członka naszej wesołej rodzinki. Gdzieś pomiędzy wychowywaniem zbuntowanej dwulatki, garami, sprzątaniem, prasowaniem i wszelkimi próbami ogarniania domowego cyrku na kółkach, staram się wygospodarować jak najwięcej czasu na swoje babskie przyjemności.
Nie będę oryginalna twierdząc, że kochaaammmm zakupyyyyyy, szczególnie te lumpeksowe, kiedy to z wypiekami na twarzy przekopuję wieszaki w poszukiwaniu modowych perełek.
Uwielbiam skandynawskie kryminały. Wiem, że niektórych nudzą, ale mnie przenigdy :)
Dobrą kuchnią też nie pogardzę i zawsze cieszą mnie słowa uznania, gdy to co ugotuję po prostu smakuje, a gdy prosi o dokładkę to już niemal doznaję ekstazy!
Jednak to możliwość stworzenia czegoś samemu daje mi największą satysfakcję, a idea DIY towarzyszyła mi chyba już od dzieciństwa, kiedy to Tato przywiózł mi z ówczesnej Czechosłowacji mega ogromny komplet koralików z Jablonexu... mojej radości i kreatywnej twórczości nie było końca :)
Od zawsze cenię i podziwiam ludzi kreatywnych, którzy potrafią zrobić coś z niczego, przerabiać, odnawiać, tu rozpruć a tam przeszyć... Przerabianie starych ciuchów czy ubranie starego mebla w nowe szaty to coś, co Panna Mo lubi najbardziej. Odkąd pamiętam zawsze podobało mi się, jak Mama haftowała i szyła ciuchy na maszynie, a moją ulubioną gazetą była Burda :)
ba! Nawet chodziłam z Mamą na kurs krawiectwa! Cóż z tego, że miałam wówczas tylko 3 latka i pałętałam się między nogami kursantów. Podobały mi się zewsząd fruwające skrawki materiałów, resztki nitek… Od tamtej pory chciałam, aby Mama mnie czegoś nauczyła, ale moje prośby kończyły się stwierdzeniem "powybieraj nitki z dywanu"... :( Coś z tej fascynacji materiałami i szmatkami zostało, przewijało się przez cały ten czas w mojej głowie, jednak nie miałam na tyle "jaj" aby coś z tym zrobić. Nawet zakup mojej pierwszej (aczkolwiek bardzo pechowej i badziewnej) maszyny do szycia nie przegonił słomianego zapału, choć w szafie miałam już niezłą kolekcję ślicznych tkanin. Złą passę przerwały liczne usterki owej maszyny i gdy tylko pojawił się jej następca, który od razu skradł moje serducho, od tego czasu oddycham pełną piersią i wyżywam się mojej Janome.
Nie będę oryginalna twierdząc, że kochaaammmm zakupyyyyyy, szczególnie te lumpeksowe, kiedy to z wypiekami na twarzy przekopuję wieszaki w poszukiwaniu modowych perełek.
Uwielbiam skandynawskie kryminały. Wiem, że niektórych nudzą, ale mnie przenigdy :)
Dobrą kuchnią też nie pogardzę i zawsze cieszą mnie słowa uznania, gdy to co ugotuję po prostu smakuje, a gdy prosi o dokładkę to już niemal doznaję ekstazy!
Jednak to możliwość stworzenia czegoś samemu daje mi największą satysfakcję, a idea DIY towarzyszyła mi chyba już od dzieciństwa, kiedy to Tato przywiózł mi z ówczesnej Czechosłowacji mega ogromny komplet koralików z Jablonexu... mojej radości i kreatywnej twórczości nie było końca :)
Od zawsze cenię i podziwiam ludzi kreatywnych, którzy potrafią zrobić coś z niczego, przerabiać, odnawiać, tu rozpruć a tam przeszyć... Przerabianie starych ciuchów czy ubranie starego mebla w nowe szaty to coś, co Panna Mo lubi najbardziej. Odkąd pamiętam zawsze podobało mi się, jak Mama haftowała i szyła ciuchy na maszynie, a moją ulubioną gazetą była Burda :)
ba! Nawet chodziłam z Mamą na kurs krawiectwa! Cóż z tego, że miałam wówczas tylko 3 latka i pałętałam się między nogami kursantów. Podobały mi się zewsząd fruwające skrawki materiałów, resztki nitek… Od tamtej pory chciałam, aby Mama mnie czegoś nauczyła, ale moje prośby kończyły się stwierdzeniem "powybieraj nitki z dywanu"... :( Coś z tej fascynacji materiałami i szmatkami zostało, przewijało się przez cały ten czas w mojej głowie, jednak nie miałam na tyle "jaj" aby coś z tym zrobić. Nawet zakup mojej pierwszej (aczkolwiek bardzo pechowej i badziewnej) maszyny do szycia nie przegonił słomianego zapału, choć w szafie miałam już niezłą kolekcję ślicznych tkanin. Złą passę przerwały liczne usterki owej maszyny i gdy tylko pojawił się jej następca, który od razu skradł moje serducho, od tego czasu oddycham pełną piersią i wyżywam się mojej Janome.
Ale to, co najbardziej kocham i daje mi kopa to moja CO. czyli spóła, póki co w dwuosobowym jeszcze składzie: mąż R, który chyba woli pozostać incognito, oraz cudownego diabełka, prawie już dwuletniej Hani. Kolejny członek spółki przewidywany jest na 12-14 lipca. Będzie remis: chłopaki vs. dziewczyny :)
PS. Zdjęcie stare, ale jedno z moich ulubionych.
Panna Mo & CO.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz